RSS
wtorek, 24 kwietnia 2018

 

 

Ten niemiecki film z roku 2017 zrealizowany przez Fatiha Akina, wciska się głęboko w rozum i serce. I tam zostaje. Szczególnie mocno odbierają go ludzie, którzy mają za sobą jakąś żałobę i smutek po stracie bliskich. Film zaczyna się więziennym ślubem. Okazuje się, że to dealer narkotyków Turek Nuri Sekerci poślubia swoją ukochaną Katję. Potem następuje przeskok kilkuletni i widzimy Katję, która przywozi  ośmioletniego synka do biura męża, bo sama z przyjaciółka udaje się do sauny. Fajna rodzinka, dobra praca i spokojne życie. I w ułamku sekundy wszystko znika. Wieczorem, gdy Katja po nich przyjeżdża, okazuje się, że przed biurem ktoś wysadził bombę domowej roboty i jedynymi ofiarami są mężczyzna i dziecko. Mąż i synek Katji. Reszta filmu to walka z zamachowcami, którymi okazują się być młodzi neonaziści. Najpierw szukanie sprawiedliwości w sądzie, a gdy to nie wystarcza, Katja szuka zemsty i ukojenia gdzie indziej. Żałoba i próba pogodzenia się z sytuacją dominuje na ekranie przez cały film. Spokojne, wyważone i oszczędne zdjęcia ukazują ogrom rozpaczy rewelacyjnie zagrany przez Diane Kruger, której postać jest przejmująca i bardzo prawdziwa. Głęboka, wyizolowana, samotna ale i zdeterminowana, zajmuje swoją postacią całą przestrzeń. Reszta elementów to tylko dodatki, które zmieniają nastrój. Ten film koniecznie trzeba zobaczyć. I przeżyć.

16:06, scoutek
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2018

 

 

Na jednym z portali społecznościowych podczas rozmowy o serialach wartych obejrzenia jeden z moich rozmówców, nazwijmy go "R", podrzucił właśnie ten tytuł. Znam trochę rynek filmowy, ale tego serialu nie zauważyłam wcześniej, ba, nic nie wiedziałam o istnieniu "wyznaczonego ocaleńca" , więc naturalnym było, że sięgnęłam. No. Ten cały ocaleniec to istniejąca od czasów zimnej wojny praktyka wyznaczania członka gabinetu do tego, by móc zastąpić prezydenta USA aby została zachowana ciągłość władzy. Ale praktyka ta stosowana jest tylko w przypadku zamachu w dwóch momentach: inauguracji oraz gdy prezydent wygłasza raport o stanie państwa przed połączonymi izbami amerykańskiego parlamentu. W obu sytuacjach wymagana jest obecność prawie wszystkich najważniejszych osób w państwie. Ocaleniec przebywa w oddaleniu, chroniony, a od zamachu na WTC w 2001 praktykę tę rozszerzono na dwóch kongresmenów z obu partii, by mogli odpowiednio przejąć rolę speakera Izby Reprezentantów i przewodniczącego Senatu. Taki zamach oczywiście do tej pory nie miał miejsca, ale to prawie gotowy scenariusz filmu political fiction i fajnie, że wreszcie ktoś z tego skorzystał i zrobił to całkiem sprawnie. Serial pod takim właśnie tytułem stworzył David Guggenheim w 2016 roku, a historia opowiada o Tomie Kirkmanie, który w tak niecodziennych okolicznościach zostaje zaprzysiężony na kolejnego prezydenta USA. Bez zaplecza politycznego, bez poparcia wyborców i do tego właśnie zwolniony ze stanowiska, które zajmował w rządzie, musi udowodnić przed sobą i narodem, że da radę i nie pozwoli na pogrążenie się państwa w chaosie. Główną rolę zagrał Kiefer Sutherland, którego zawsze kojarzę z Jackiem Bauerem z 24, a który ostatnio nie miał zbyt dobrej passy. Tu całkiem dobrze wypada, jest już nieco starszy, bardziej doświadczony ale bardzo prawdziwy. Towarzyszy mu w roli Pierwszej Damy Natasha McElhone, a w pozostałych rolach pojawiają się m.in. znakomity Rob Morrow, Virginia Madsen, Kal Penn, Maggie Q, Adan Canto, Italia Ricci i wielu innych mało znanych aktorów. Serial ma niezłą fabułę, zamach i zamachowcy interesujący, intryga bywa chwilami zaskakująca. Jedyne co mnie chwilami, bo nie cały czas, razi to ten amerykański dydaktyzm. Twórcy nie ustrzegli się tego, by edukować i wychowywać widzów oraz by przed całym światem pokazywać co dla nich jest najważniejsze. Przynajmniej na sztandarach. 

"R" bardzo dziękuję, to była i jest przyjemność, bo jeszcze nie skończyłam. A drugi sezon jeszcze trwa :) 

12:42, scoutek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 kwietnia 2018

 

 

 

Ten film Lynne Ramsay (znana m.in. z "Musimy porozmawiać o Kevinie") swoją premierę światową miał prawie rok temu, a w Polsce pojawi się dopiero w ten weekend. Szkoda, choć filmów ostatnio bardzo dużo i pewnie zaginąłby w powodzi niezłych i dobrych pozycji. A warto zwrócić na niego uwagę. Bohaterem jest były agent sił specjalnych, który dostaje zlecenie odszukania zaginionej nastoletniej córki senatora. Joe to samotny wilk, skuteczny, niezbyt sympatyczny, ale nie pozbawiony ludzkich cech, na pograniczu autodestrukcji. Dostaje jednak szansę na ocalenie. Fabuła nieco zaznaczam nieco przypomina słynnego "Leona zawodowca", ale to zupełnie inny kaliber. Krew leje się litrami, ofiar jest bardzo dużo, nie wszystkie padają z ręki Joe'go rzecz jasna. Ale to Joe skupia na sobie całą uwagę widza przez godzinę i 29 minut trwania filmu. I taki też jest największy atut tego filmu, bo główną rolę zagrał fantastyczny jak zawsze Joaquin Phoenix. Od cudownej roli Johnny'ego Casha w "Spacerze na linie" podziwiam Phoenixa i kocham miłością wielką. Zarośnięty, nieco zapasiony, ale rewelacyjnie szczery w swojej kreacji przykuwa wzrok widza przez całą swoją pogoń za bandytami. I niesamowicie kruchy w kontaktach z matką i dziewczynką. Obraz uzupełniają świetne zdjęcia i bardzo dobrze dobrana muzyka.                                                .

12:30, scoutek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2018

 

 

Czasami ludzie, którzy wiedzą, że piszę bloga o filmach, pytają mnie czy widziałam to czy tamto i co na ten temat sądzę. Osoba pytająca bywa niezłą wskazówką, zwłaszcza osoba, którą lubię i cenię jej opinię. Zastanawiają mnie różnice i podobieństwa w odbiorze, lubię też dyskusję. A jeśli film po takiej sugestii mi się spodoba to jestem głęboko wdzięczna. I tak jest właśnie w tym przypadku, pani T. Zapytana o film, o którym dziś piszę, odpowiedziałam, że nie znam ale postaram się nadrobić i zrobiłam to w pierwszej wolnej chwili. Dodatkowo zachęciło mnie parę bardzo interesujących nazwisk osób biorących udział w produkcji. Ten film powstał w 2001 roku, zrealizował go Sean Penn i opowiada o policjancie, który na sześć godzin przed przejściem na emeryturę zajmuje się śmiercią małej dziewczynki. Obiecuje matce dziewczynki, że znajdzie mordercę i ta obietnica go tak obezwładnia, że całe swoje życie emeryta podporządkowuje tej jednej sprawie. Staje się to jego obsesją. Czy aby tylko? I ta dwoistość fascynuje i pozostawia widza w niepewności: co bohater sobie uroił a co jest prawdą? Widz wie więcej niż bohaterowie, ale i tak sam musi sobie odpowiedzieć co wydarzyło się naprawdę, a co sobie wyobraził. Uwielbiam takie gry z widzem, lubię być wspólnikiem reżysera, a także kimś, kto sam sobie dopowiada swój koniec. Film robi wrażenie, nie pozostawia obojętnym, zwłaszcza, że poza Seanem Pennem za kamerą mamy tu grupę znakomitych aktorów z Jackiem Nicholsonem w roli głównej. Towarzyszą mu: ówczesna żona Penna, Robin Wright, Patricia Clarkson, Sam Shepard, Benicio del Toro, Mickey Rourke, Helen Mirren, Vanessa Redgrave. Wszyscy oni, poza Nicholsonem i Robin Wright, występują w jednej góra dwóch scenach i są to perełki aktorskie, dla których także warto sięgnąć po ten film. Chcecie zobaczyć płaczącego Rourke? Indianina Benicio mruczącego do siebie? Warto. 

Wielkie dzięki pani T.

17:17, scoutek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 marca 2018

 

 

Najkrócej: dawno nie widziałam tak porąbanego filmu. I do tego ten tegoroczny Oscar za najlepszy scenariusz oryginalny! Kompletnie nie z mojej bajki, "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" wygrywają u mnie bezapelacyjnie, a do decyzji Akademii chyba jestem za głupia. Dobra, ale do rzeczy. Film zaczyna się kompletnie niewinnie: biała, śliczna dziewczyna i jej przystojny czarny facet wybierają się na weekend do jej rodziców, by mogli poznać z kim się córeczka zadaje. Przed wyjazdem ma miejsce rozmowa na temat rasizmu, Rose uspokaja Chrisa, twierdząc, że w życiu by go nie zabrała do domu, gdyby choć istniał cień podejrzenia o coś takiego. Widz spodziewa się, że w tym właśnie kierunku zmierzają twórcy. Tok myślenia potwierdza drobna scenka po drodze, rozmowa z policjantem, który przez chwilę wydaje się być rasistą. Na miejscu jednak okazuje się, że rodzice Rose, psychoterapeutka Missy i neurochirurg  Dean Armitage są bardzo serdeczni i otwarci. Dziwne jest tylko ich zachowanie wobec służby, która o dziwo jest także czarna. Ale i oni się zachowują nietypowo, są przesadnie grzeczni i uśmiechnięci. Nic, poza nastrojem i muzyką, nie zapowiada tego, co ma się wydarzyć potem. Film ma kilka biegów, najpierw rozwija się wolno, potem przyspiesza, by na końcu lecieć na złamanie karku. Do tego łamie kilka stereotypów, bo sceny z elementami komedii zapowiadają ponury dalszy ciąg, widz kompletnie nie wie czego się spodziewać. A gdy wszystkie karty zostaną już odkryte i tak pozostaje niepewność czym to się skończy. Myślę, że warto zobaczyć ten horror Jordana Peele z 2017 roku nie tylko dla oceny scenariusza. Ale także dla świetnej gry aktorskiej kilku mniej znanych aktorów: Chrisa zagrał Daniel Kaluuya (serial "Czarne lustro"), w rolę Rose wcieliła się Allison Williams (serial "Dziewczyny"), rodziców zagrali Catherine Keener i nierozpoznawalny Bradley Whitford ("Czwarta władza", choć ja najbardziej go kojarzę z serialem "Prezydencki poker").                                                .

17:24, scoutek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 marca 2018

 

 

To film, który w dzisiejszej sytuacji politycznej powinni zobaczyć i przemyśleć wszyscy Polacy. To film o wolności słowa i o tym, że wolna prasa musi działać w imię dobra rządzonych, a nie rządzących. Historia prawdziwa: otóż prywatna gazeta The Washington Post natrafia w 1971 roku na raport dotyczący wojny w Wietnamie. Wynika jednoznacznie z niego, ze wszyscy dotychczasowi prezydenci, włącznie z Nixonem, ukrywali prawdę o wojnie przed narodem i Kongresem. Decyzję, czy publikować raport czy nie, musi podjąć właścicielka gazety Kay Graham. Prosty przekaz i niezbyt zawikłana intryga filmu Stevena Spielberga z 2017 roku opakowane są świetnymi zdjęciami Janusza Kamińskiego. Szczególnie mocne wrażenie robi - poza procesem decyzyjnym - pokazanie powstawania gazety papierowej: maszyny, farba drukarska i cała ta technologia, która już umiera. Muzyką do filmu zajął się John Williams. Do fotela przykuwa gra aktorska, bowiem w dwóch głównych rolach mamy największe chyba gwiazdy współczesnego kina: Meryl Streep i Toma Hanksa. O ile się nie mylę są po raz pierwszy razem na ekranie. Tacy jak zwykle: znakomici. Reszta aktorów właściwie się nie liczy, choć też są świetni, to jednak robią za tło. Warto zobaczyć i warto przemyśleć. Jedyne co broni naród przed zapędami polityków to prawda, którą mogą i chcą pokazać dziennikarze. I tego trzeba pilnować zawsze i do upadłego.

11:40, scoutek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 marca 2018

 

 

Oryginalny tytuł więcej mówi o filmie i nawiązuje do tego, co dzieje się na ekranie. "Call me by Your Name" to także tytuł książki Jamesa Ivory'ego, na której oparto scenariusz (produkcja jest międzynarodowa) filmu włoskiego reżysera. Scenariusz ten dostał zresztą w tym roku Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany. Słusznie. Luca Guadagnino ma już na koncie kilka nominacji za swoje obrazy ("Nienasyceni" czy "Jestem miłością"), tym razem dostał nominację do Oscara za najlepszy film. Nie dostał nagrody Akademii, bo konkurencja w tym roku była wyjątkowo duża, ale zauważyć ten film trzeba i warto. To pięknie sfilmowana, powolna i bardzo klimatyczna opowieść o wakacyjnym spotkaniu dojrzewającego nastolatka z przystojnym młodym naukowcem, który jest gościem u rodziców bohatera. Przepiękna okolica północnych Włoch, natura i senne, rozgrzane letnim upałem miasteczka są tłem do wolno rozwijającej się fascynacji sobą nawzajem i w końcu dla krótkiej, ale spełnionej męskiej miłości. Literatura i sztuka, to otacza bohaterów, oplata widza i pochłania uwagę. Cudowny klimat, niedomówienia, niedopowiedzenia, fascynacje... Świetnie się ogląda, wcale nie nudzi. Do tego na pierwszym planie młodziutki Timothee Chalamet i nieco starszy Armie Hammer. Bardzo polecam.

14:47, scoutek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 marca 2018

 

 

 

Najkrócej to mogę napisać tak: nie odradzam ale też nie namawiam jakoś specjalnie. Guillermo del Toro znany jest z tego typu baśniowych filmów, ale to trzeba lubić, by móc się zachwycać. Mnie ujęła ta historia, ale zaczarowana nie jestem i kompletnie nie podzielam zachwytu Amerykańskiej Akademii Filmowej. To nie jest dla mnie film tego roku. Historia rozgrywa się w roku 1962 w tajnym ośrodku na terenie USA, a główną bohaterką tego filmu jest niema sprzątaczka Eliza Esposito. Z uwagi na swoją ułomność jej świat ogranicza się do paru miejsc  i kilkorga ludzi, z którymi jest się w stanie porozumieć m.in. starszy wiekiem sąsiad Giles czy koleżanka z pracy Zelda. Życie Elizy jest regularne i nudne. Do czasu, gdy razem z Zeldą odkryją, że w ośrodku przeprowadzany jest eksperyment na tajemniczym "obiekcie" sprowadzonym gdzieś z Amazonii. No własnie. Mamy tu wszystko: potwór z głębin, który oczywiście nie jest takim potworem na jakiego w pierwszej chwili wygląda; walkę wywiadów, złych i dobrych policjantów, rasizm, homofobię, taniec, sztukę malarsko-graficzną i ówczesne filmy, które świetnie dopełniają cały obraz. Dla mnie za dużo grzybów w barszcz, choć wiem, że ta pochwała inności może się podobać. Ale warto zobaczyć.                                .

11:26, scoutek
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 lutego 2018

 

 

Bardzo oryginalny pomysł w hiszpańskim wykonaniu. Trzynastoodcinkowy serial, którego dalszy ciąg lada chwila nastąpi, opowiada o genialnym Profesorze, który obmyślił fantastyczny skok na kasę. I to taką, której nikomu nie zabiera. Zatrudnia do tego 8 ludzi, specjalistów różnych dziedzin, i wszystkich zaprasza do specjalnie przygotowanego domu na pustkowiu. Tam przez 5 miesięcy przygotowują napad na dom z papierami czyli mennicę. Wszyscy obierają pseudonimy, którymi są nazwy miast (genialny pomysł!) i tak Rio, Denver, Nairobi, Oslo, Helsinki, Moskwa i Berlin po gruntownym przetrenowaniu zamysłów profesora przystępują do ryzykownej akcji. Jak każda, nie zawsze idzie po ich myśli, ale trzeba przyznać, że są przygotowani na wszystko, a Profesor jest bardzo przewidujący. I mało co ich potrafi zaskoczyć. Świetne zarysowane postacie, naprawdę kapitalnie zagrane. Profesor jak to profesor, nieco wycofany, nieśmiały ale potrafi także improwizować i użyć siły. Kapitan drużyny Berlin to fascynujący mężczyzna, bardzo empatyczny ale i zdecydowany. Rio i Denver to młodzi, choć już doświadczeni przestępcy, Tokio i Nairobi to dziewczyny po przejściach, które zrobią bardzo dużo by wreszcie ułożyć sobie życie. Moskwa, ojciec Rio, chce wreszcie się ustawić i urządzić sobie spokojna starość, a syna ustawić. A Oslo i Helsinki to kumple, cudzoziemcy. Fascynujący nastrój, pozbawiona dłużyzn intryga, zaskakujące zwroty i fajne rozwiązania - to wszystko powoduje, że z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. 

14:37, scoutek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 lutego 2018

 

 

 

Zdarza mi się płakać przy książkach i filmach, wcale się tego nie wstydzę, takie oczyszczenie, jakie dają łzy czasem dobrze robi. I oczom i duszy. Czasem celowo szukam takich pozycji, które to umożliwią. Jakiś rok temu przeczytałam książkę, która mnie poruszyła dosyć głęboko, spłakałam się jak nastolatka. Dlatego, gdy znalazłam film na niej oparty, z mety do niego sięgnęłam. I nie żałuję. Oczyszczenie nastąpiło, bo film wiernie oddaje klimat i nastrój, co nie dziwi, bo scenariusz napisała sama autorka książki pomijając wyłącznie nieistotne kwestie. Współczesny melodramat jak z klasycznego angielskiego romansu zaczyna się banalnie: śmieszna, bardzo naturalna i emocjonalna kelnerka z kawiarni "Maślana bułeczka" w małym angielskim miasteczku traci pracę. Po tygodniach poszukiwań i kilku nietrafionych propozycjach, pojawia się oferta pracy: opiekunki do sparaliżowanego mężczyzny. W filmie okazuje się nim być zaledwie 31 letni Will Traynor, który do niedawna był bystrym, wysportowanym i zakochanym w życiu pełnym wrażeń, przystojnym bankierem. W wyniku wypadku motocyklowego utracił sprawność od szyi w dół i został unieruchomiony na zawsze. Bez szans na poprawę. Louisa  trafia do niego dwa lata po wypadku, wydaje się, że Will pogodził się z sytuacją, dopiero po jakimś czasie Clark orientuje się, że to tylko pozory. Niby banał, ale jednak nie. Cała historia, a szczególnie jej zakończenie, jest na wskroś współczesna i przez to różni się od innych melodramatów. Zabawna, inteligentna, smutna historia, która opowiada także, a może przede wszystkim, o miłości do wolności, do zgody na własne wybory, życiu na własnych warunkach i czerpaniu z życia pełnymi garściami. A także o tym, że nie da się nikogo uszczęśliwić na siłę, oraz że prawdziwa miłość to także rezygnacja z własnej. Świetnie filmowana, dyskretna i poruszająca jest gra dwójki głównych aktorów. W roli Louisy wystąpiła Emilia Clarke (bliżej znana z serialu "Gra o tron"), której pełna mimiki i wyrazista buzia bardzo mnie ubawiła, szczególnie swoisty taniec brwi aktorki. Ale jej Lou jest ciepła, wrażliwa, strasznie wygadana i bezpośrednia, a w miłości taktowna i mądra. Jej rozwój przy Willu jest niesamowity. Towarzyszy jej w roli Willa Sam Claflin (znany z "Piratów z Karaibów" czy "Igrzysk śmierci"), wyrazisty i przekonujący, zdecydowany i konsekwentny w malowaniu obrazu nieszczęśnika, zdecydowanego, by nie unieszczęśliwić sobą innych. I jego przemiana z dupka w wrażliwego mężczyznę jest fenomenalnie zagrana. Film w oryginale ma tytuł "Me before You" i myślę, że to pełniej oddaje istotę przemian obojga. W filmie w epizodach pojawia się kilku fajnych aktorów, np. w roli byłej dziewczyny Willa widzimy Vanessę Kirby (księżniczka Małgorzata z serialu "The Crown") czy Brendana Coyle'a w roli ojca Lou (lokaj Bates z "Downton Abbey"). Thea Sharrock zrealizowała ten film w 2016 roku na podstawie scenariusza Jojo Moyes, autorki książki.

15:51, scoutek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43