| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
RSS
wtorek, 29 listopada 2016

 

 

 

To - moim zdaniem  - najlepszy film Krzysztofa Kieślowskiego, reżysera cieszącego się sławą w kraju i poza, zarówno za życia, jak i po śmierci. Film zrealizowany w 1981 roku opowiada trzy alternatywne historie Witka Długosza, wszystkie zaczynają się w tym samym momencie: Witek jest samotnym studentem 4 roku medycyny, matka zmarła przy jego urodzeniu w 1956 roku, a teraz umarł ojciec. Jego ostatnie słowa do syna brzmiały: "nic nie musisz". Witek bierze urlop dziekański i zamierza wyjechać z Łodzi. I właśnie w chwili, gdy jest na peronie i goni odjeżdżający pociąg wszystkie trzy historie rozstrzyga przypadek: 1. wskakuje w biegu i w środku spotyka starego komunistę Wernera, który pomaga mu w karierze po linii i na bazie; 2. nie udaje mu się wskoczyć do wagonu i wpada na sokistę, w wyniku czego ląduje w areszcie i spotyka działaczy podziemia, co prowadzi do działalności w konspiracji; 3. też zostaje na peronie ale spotyka znajomą ze studiów, wraca na uczelnię i próbuje żyć nie mieszając się do niczego. Prosty przekaz, bez zbędnych ozdobników, ale film zostaje w pamięci. Po latach robi wrażenie trochę inne, przypomina klimat i nastrój końcówki lat 70-tych i początku 80, czasy konspiracji i wszechogarniającego marazmu i beznadziei, brudu, wreszcie dymu papierosów palonych wszędzie i przez wszystkich. To też popis aktorski: chyba najlepsza rola młodego Bogusława Lindy, a towarzyszą mu sami wielcy tamtych lat: Zbigniew Zapasiewicz, Tadeusz Łomnicki, niezapomniany Zygmunt Hubner... A na konspiracyjnym spotkaniu działaczy podziemia pojawia się także fantastyczny bard tamtej Polski, Jacek Kaczmarski. Dla mojego pokolenia ten film to symbol, film uświadamiający możliwości wyboru i sugerujący, że wszystko zależy od przypadku. Czy aby na pewno?

16:34, scoutek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2016

 

 

Polska wersja amerykańskich dramatów wojennych, mimo szumnych zapowiedzi, ciągle jednak nie powstała. Z pewnym ociąganiem zabierałam się do szeroko reklamowanego, wyreżyserowanego przez Krzysztofa Łukaszewicza filmu z zeszłego roku o polskich oddziałach w Iraku i chyba z góry czułam co mnie czeka. Rozczarowanie. To jest to słowo, które dokładnie oddaje to co mnie ogarnęło już w trakcie seansu i zostało. Technicznie i wizualnie jest już o niebo dalej niż słynna "Operacja Samum", ale ciągle to jest początek drogi. Historia polskiego oddziału wojsk specjalnych, który próbuje utrzymać siedzibę lokalnych władz (City Hall) w Karbali ze wsparciem Bułgarów, a także przemiana tchórza w dzielnego człowieka to główna intryga filmu. I najważniejsze: znowu my dzielni Polacy walczymy z innymi za innych, a splendor spada na jeszcze innych. Czyli historia stara jak świat, my jesteśmy ci najdzielniejsi, ale wiemy o tym tylko my, bo reszcie nie wolno o tym powiedzieć z tych czy innych względów. Czyli jak zwykle znowu pielęgnujemy w sobie uczucie pokrzywdzenia i bycia niedocenionym. Norma, prawda? W obsadzie filmu same polskie gwiazdy: Bartłomiej Topa, Leszek Lichota, bracia Żurawscy Michał i Piotr (jedyna zabawna rzecz grają także braci), Tomasz Schuchardt, Piotr Głowacki, Łukasz Simlat, Zbigniew Stryj i wyjątkowo drewniany Antoni Królikowski. Taka karbalowa enigma. Najlepszy w całej tej obsadzie jest Topa, ale też nie za zbytnio. Generalnie odradzam, należy omijać wielkim łukiem. To nie jest nawet cień po "Helikopterze w ogniu". 

17:20, scoutek
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 listopada 2016

 

 

O tym serialu pisałam  już ponad trzy lata temu, wtedy byłam na etapie trzeciego sezonu. Nie wracam zwykle do filmów, o których pisałam, ale ten jest wyjątkowy. W ostatnią sobotę miałam okazję obejrzeć ostatni odcinek ostatniego, szóstego już sezonu i teraz mogę podsumować. Z niczego co napisałam wcześniej się nie wycofuję, ba, mogę tylko dodać, że twórcy ani na minutę nie obniżyli poziomu. Intrygi niezbyt wyszukane co w tym wypadku jest zaletą, ale zero nudy i żadne tam serialowe wymysły w rodzaju odnalezionych dzieci po latach. Wyłącznie życie w zamku angielskiego hrabiego w obliczu zmian zachodzących na świecie. Serial zaczynał się katastrofą Titanica, a kończy się powitaniem roku 1926. W międzyczasie kilka osób umiera, kilka się rodzi, jesteśmy świadkami wojny, wesel, klęsk, bankructw i rozwoju. I przede wszystkim zmian kulturowych - samochody zastępują bryczki, hrabia instaluje telefon, hrabianka zaczyna obywać się bez pokojowej, sprowadza za to suszarkę do włosów, rozbrzmiewa jazz ... Szofer Irlandczyk zostaje mężem hrabianki, nieślubne dziecko zostaje zaakceptowane przez rodzinę, skracają sukienki i włosy, jedna z córek staje się właścicielką gazety i pisze feministyczne teksty. Do tego służba się zmienia, bo zmieniają się czasy i obyczaje. Nikt nie trwa z uporem na swoim miejscu, ale jednej osobie najtrudniej pogodzić się z tym, co odchodzi - najbardziej konserwatywnemu z wszystkich kamerdynerowi Carsonowi. Wszystko to, wraz z bardzo inteligentnym i dowcipnym scenariuszem niespiesznie dzieje się w cudownych wnętrzach pałacu Highclere w Hampshire, który od roku 1679 jest siedzibą rodziny Carnarvon. Grają: Hugh Bonneville, Elizabeth McGovern, Michelle Dockery, Dan Stevens, Joanne Froggatt, Brendan Coyle, Rob James-Collier i wielu innych. Ale wszystkich i wszystko bije na głowę hrabina wdowa, lady Violet w mistrzowskim wykonaniu Maggie Smith. Jest ironiczna, cudownie dystyngowana, bardzo angielska i nieprzewidywalna. Cudowna postać w cudownym wykonaniu. Jej najbardziej będzie mi brakować. Żal, że to już za mną...                                                       .

16:39, scoutek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 października 2016

 

 

 

Film jakoś szybko przemknął przez ekrany polskich kin, nie było o nim zbyt głośno. Trochę szkoda, bo jest w gruncie rzeczy filmem niezłym, choć przewidywalnym z powodu tego, że opiera się na prawdziwej historii. Duet firmujący to przedsięwzięcie, czyli Steven Spielberg (reżyser filmu) i Tom Hanks (odtwórca głównej roli) znani są z fabuł, w których poruszana jest kwestia patriotyzmu (zwłaszcza amerykańskiego), honoru żołnierza, bohaterstwa na polu walki itd. Obaj wzięli udział w wielu tego typu filmach, np. obaj byli producentami słynnej i naprawdę świetnej "Kompanii braci". Film, o którym dzisiaj piszę, nie jest wielkim wojennym obrazem, pokazuje jednak walkę szpiegów i o szpiegów w czasie zimnej wojny. Główny bohater to James B. Donovan, prawnik, który zupełnie znienacka dostaje sprawę, w której ma bronić radzieckiego szpiega. Nie ma żadnych wątpliwości, że Rudolf Abel jest winny zarzucanych mu czynów i zasługuje na śmierć, wszyscy więc z góry zakładają, że adwokat będzie tylko markował obronę. Tak się jednak nie dzieje, bo Donovan jest uczciwym i rzetelnym człowiekiem, broni swojego klienta ze wszystkich sił, narażając się na ostracyzm i wrogość ze strony wszystkich dookoła. Doprowadza do tego, że wyrok jest łagodniejszy od zakładanego z góry, Abel zamiast kary śmierci dostaje wyrok długoletniego więzienia. Donovan liczy na to, ze Abel może się przydać w chwili, gdy ZSRR złapie jakiegoś amerykańskiego szpiega i będzie można go wymienić. I rzeczywiście sam bierze udział w takiej wymianie, wprawdzie nie szpiega, a pilota samolotu szpiegowskiego, który został zestrzelony nad terytorium ZSRR. Wymiana ma miejsce na tytułowym moście szpiegów. Niezły film, ale niestety, jak to bywa w produkcjach made in USA zbyt dydaktyczny, nachalny i schematyczny. Szpiedzy radzieccy na przykład mają okropne twarze, przebitka ze skokiem przez mur berliński a potem przez płotki w USA powoduje grymas u widza, kradzież płaszcza w części wschodniej Berlina zupełnie od czapy .... Ale na pochwałę zasłużyli dwaj panowie: Tom Hanks za rolę Donovana i Mark Rylance za rolę Rudolfa Abla. Zwłaszcza ten drugi jest nieprawdopodobny i to do tego stopnia, że Amerykańska Akademia Filmowa za tę drugoplanową rolę męską nagrodziła go Oscarem. Warto też zauważyć epizod w wykonaniu mocno dojrzałego już Alana Aldy. Oczywiście Spielberg też świetnie wyreżyserował obraz, dbałość o szczegóły powalająca, klimat zimnowojennej Europy odczuwalny, Wrocław udaje Berlin, ale liczyłam na nieco więcej emocji. Zwłaszcza, że w scenariuszu mieszali bracia Coen.  

15:18, scoutek
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 października 2016

 

 

To jeden z tych filmów, który po pierwszym obejrzeniu zostaje w pamięci na bardzo długo. Jeśli nie na zawsze.  Ciepły i straszny, ale bardzo wzruszający. Oparta na prawdziwych wydarzeniach historia życia słynnej badaczki i obserwatorki goryli górskich, Dian Fossey, która dla uratowania ginącego gatunku poświęciła całe swoje dojrzałe życie. Jako młoda kobieta przybywa do Rwandy, by tam z bliska obserwować życie goryli. Obrona ich przed kłusownikami staje się jej życiowym celem. Mimo kilku prób nie udaje się jej związek z badaczem Bobem Campbellem, bo miłość do goryli i życie wśród nich jest dla niej ważniejsze niż cokolwiek innego. Film w 1988 roku zrealizował Michael Apted, muzykę skomponował Maurice Jarre (Złoty Glob), zdjęcia zrobił John Seale. Główną rolę zagrała fantastyczna Sigourney Weaver, dostała zresztą za tę rolę Złoty Glob. Należał jej się, bo niesamowicie przekonująca, przykuwająca uwagę i wzruszająca Dian to chyba jej najlepsza rola. Towarzyszy jej m.in. Bryan Brown, Julie Harris, Iain Cuthbertson czy Iain Glen, ale także wielu Afroamerykanów i Afrykańczyków. Dodam jeszcze, że Dian Fossey bywa mylona z Jane Goodall, nadal żyjącą badaczką życia szympansów w Tanzanii. Podobne pasje, ale dla Fossey zakończyła się ona tragicznie wiele lat temu.

16:37, scoutek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 października 2016

 

 

 

To bardzo znana książka, bo lektura szkolna. Przerobiona na milion sposobów, a w wersjach teatralnych lub filmowych genialny pretekst dla znakomitych aktorek do pokazania swojego talentu i warsztatu. I z takich właśnie powodów ogląda się tę znaną sztukę po raz kolejny i kolejny. Dla reżysera to tez jest świetny moment do pokazania własnej wersji i wizji. I trzeba przyznać, Filip Bajon w 2015 roku z tej okazji skorzystał. Zamiast jednej pani Dulskiej mamy ich aż trzy: stara znajoma pani Dulska z "Moralności pani Dulskiej", jej córka i jej wnuczka Melania. Melania, zafascynowana naukowcem ze Szwajcarii, Rainerem, który poszukuje swoich korzeni w kamienicy zamieszkanej przez całe pokolenia Dulskich, przywozi go i umożliwia spotkanie z rodziną. I teraz zaczyna się opowieść prowadzona w trzech płaszczyznach czasowych: pierwsza historia znana nam z lektury, druga to historia córki w głębokich latach pięćdziesiątych i jej dulskich perypetii, no i trzecia to dzisiejsze spojrzenie na przeszłość i spotkanie wszystkich. Interesujące spojrzenie na to, czy dulszczyzna przechodzi z pokolenia na pokolenie i czy można się z niej wyzwolić. Całą tą historię nakręcono na jednej uliczce, w jednej kamienicy i w jednym pięknym mieszkaniu. A udział wzięły najbardziej znane z polskich aktorek: najstarszą panią Dulską zagrała Krystyna Janda, młodszą Katarzyna Figura, najmłodszą Maja Ostaszewska. Towarzyszą im Katarzyna Herman, Sonia Bohosiewicz i kilka bardzo młodych aktorek. Do tego imponująca lista aktorów płci męskiej: Olgierd Łukaszewicz w roli Felicjana Dulskiego, a potem Sławomir Orzechowski, Władysław Kowalski, Sebastian Fabijański, Mateusz Kościukiewicz i Grzegorz Małecki. Zabawne, przyjemne choć znane na pamięć.

13:47, scoutek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 października 2016

 

 

Przypadki Robinsona Crusoe przerabiano już na wiele sposobów i pomysły się już nieco wyczerpały, tak jak i wyczerpała się liczba bezludnych wysp na naszym globie. A że taka konstrukcja fabularna daje wiele możliwości to nie dziwi wystrzelenie Robinsona w Kosmos na jakąś planetę, która już z zasady jest bezludna. Trzeba jeszcze umiejętnie wyeliminować pozostałych podróżników, by nasz Robinson został rzeczywiście sam. Do tego dochodzą efekty specjalne, dobranie niezłej obsady i wydaje się, że mamy znakomite kino. Wszystko to świetne w założeniu, gdy dodamy do tego znakomitego reżysera mamy pewność, że już jest przebój. Niestety, coś nie wypaliło i na "Marsjaninie" Ridleya Scotta po prostu wieje nudą i banałem. Film zrealizowany w 2015 roku nagrodzony Złotym Globem za najlepszą komedię (lub musical, hahaha) to prosta pochwała odwagi, rozumu i wytrwałości człowieka w nietypowej dla niego sytuacji opuszczenia i braku perspektyw. Mark Watney i jego pięcioosobowa ekipa podczas ekspedycji na Marsa zostaje złapana przez straszną burzę piaskową. Sam Mark zostaje uderzony kawałkiem konstrukcji, która uszkadza mu kombinezon i rani, a reszta ekipy pewna, że nie kolega nie żyje, ewakuuje się z planety. Gdy Mark odzyskuje przytomność dociera do niego, że został sam z zapasem żywności na jakiś czas i kompletnym brakiem łączności z Ziemią. Próbuje przetrwać na przekór wszystkiemu i kombinuje jak dać znać, że żyje. Film da się obejrzeć wyłącznie ze względu na udział Matta Damona i efekty specjalne, choć w pierwszej chwili Czerwona Planeta dziwnie przypomina Dolinę Śmierci. Ale za to wszystkie elementy namiotów i konstrukcji sferycznych były wyprodukowane w Polsce. Szczegóły techniczne są jak zwykle zamulone, wszyscy mówią do siebie dziwnym językiem i udają, że rozumieją o czym mówią. Do tego wszystkiego dochodzi amerykańskie poświęcenie i solidarność, by pomóc kumplowi, którego już raz się porzuciło. Poza Damonem grają: Jessica Chastain, Kate Mara, dawno nie widziany Sean Bean, Jeff Daniels, Michael Pena, Chiwetel Ejiofor czy Kristen Wiig. Nie polecam, bo albo ogląda się ten film rzeczywiście jak najlepszą komedię i należy zarykiwać się ze śmiechu co chwilę, albo dać sobie spokój. Lepiej to drugie.

15:52, scoutek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 października 2016

 

 

Jeszcze mi się nie zdarzyło pisać o filmie w trakcie jego oglądania, a tak jest w tym przypadku. Zobaczyłam dopiero dwa premierowe odcinki polskiego serialu kryminalnego, a przede mną pozostałych osiem. Ale to co już zdążyłam zobaczyć zrobiło na mnie takie wrażenie, że postanowiłam nie czekać na ciąg dalszy, a podzielić się z moimi odczuciami już teraz. To polska produkcja powstała dopiero co, w reżyserii Łukasza Palkowskiego (znany już ze znakomitego "Rezerwatu" i świetnej historii "Bogowie" o początkach polskiej transplantologii serca) oparta na scenariuszu Jakuba Żulczyka i Moniki Powalisz. Jeśli wszystko, na co się ten serial zapowiada się spełni i nic nie zostanie zmarnowane, to dostajemy fantastycznie opowiadaną historię opartą twardo o polskie realia, a przypominającą nieco duńskie niezapomniane "Dochodzenie". Mamy małe miasteczko, uczniowie znajdują ciało koleżanki z klasy. Wśród "znalazców" jest jej chłopak, wrażliwy i bardzo wyobcowany. Za dochodzenie zabiera się grupa miejscowych policjantów, którzy znają wszystkich w miasteczku, a niektórzy nawet od miejscowych notabli zależą. Poznajemy układy pomiędzy rodzicami uczniów, ich wzajemne zależności, kombinacje i interesy. Widzimy grupę młodzieży, tej zbuntowanej i tej przez nich zdominowanej. I w to wszystko wchodzi nowy nauczyciel języka polskiego, który przy okazji jest psychologiem z papierami, więc wspiera w śledztwie zarówno kolegów nauczycieli czy policję, jak i stara się ochronić młodzież. Niesamowity klimat, tajemnice, układy, świetne zdjęcia. No i znakomita obsada. W roli tytułowego belfra (chyba, że to niekoniecznie on będzie postacią wiodącą, co jest możliwe i wielce prawdopodobne) dobry jak zwykle Maciej Stuhr. Towarzyszy mu cała grupa znanych polskich aktorów: Krzysztof Pieczyński, Paweł Królikowski, Łukasz Simlat, Piotr Głowacki, Magdalena Cielecka, Aleksandra Popławska, Robert Gonera, Grzegorz Damięcki, Katarzyna Dąbrowska i wielu innych. Oby nie siadło napięcie i poziom został zachowany, to będzie świetnie. 

14:42, scoutek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2016

 

 

Po najsłynniejszej przebierance świata czyli "Pół żartem pół serio", gdzie w damskie łaszki przebrali się Tony Curtis i Jack Lemmon, wydawało się, że nic podobnego już nie może zachwycić. A jednak w 1972 roku polski reżyser zaryzykował i wygrał. Mało, że stworzył postać Marysi w przebraniu to jeszcze zrobił to tak, że Marysia stała się nieśmiertelna i funkcjonuje nadal. Reżyser Stanisław Bareja zresztą był Midasem swojego zawodu, bo ośmielam się twierdzić, że cokolwiek stworzył przeszło do historii i to z mianem "kultowego". Bareizmy żyją i żyć będą, były i są ponadczasowe obojętnie jaki ustrój panuje za oknem Polaków. Historia Stanisława Marii Rochowicza, bo tak nazywał się bohater, jest pracownikiem muzeum, który zostaje posądzony o kradzież obrazu. Postanawia go odtworzyć, ale do tego potrzebna mu jest kryjówka. Wpada więc na pomysł, by wynająć się jako.... gospodyni domowa. Przebiera się więc w damskie ciuszki i zatrudnia się u różnych ludzi. Najpierw jest nieporadną bardzo, ale w miarę upływu czasu staje się coraz lepszy w tym co robi, więc i kariera gosposi ewoluuje. Cały ten karkołomny pomysł przebieranki stwarza możliwość ukazania wielu paradoksów ówczesnej Polski. Komiczne sytuacje, nieporozumienia, niedopowiedzenia, znakomite dialogi i język bohaterów bawią do dziś. Stanisław/Marysia w wykonaniu Wojciecha Pokory jest chyba jego najlepszą rolą, wzniósł się na wyżyny komizmu nie ośmieszając ani siebie ani obu postaci, które zagrał. Towarzyszyło mu wielu znanych i świetnych aktorów: Jerzy Dobrowolski jako człowiek, "którego zawód to dyrektor", Wiesław Gołas, który próbował dobierać się do gosposi, Mieczysław Czechowicz, który badał zawartość cukru w cukrze, Jan Kobuszewski, Bohdan Łazuka, Tadeusz Pluciński, Stanisław Tym, Filip Łobodziński w roli niegrzecznego dziecka .... No i piękne kobiety: Jolanta Bohdal, Maria Chwalibóg, Barbara Rylska, Jolanta Wołłejko, Zofia Czerwińska... Świetna komedia, bardzo pozytywna i urocza. 

12:10, scoutek
Link Komentarze (2) »
środa, 14 września 2016

 

 

Na liście obrazów o polityce i współczesnym świecie ten film powinien zająć ważne miejsce. I zdaje się, że to nie tylko moje zdanie, dostał bowiem siedem Cezarów w 2015 roku (najlepszy film, najlepsza muzyka, najlepszy reżyser, najlepszy scenariusz oryginalny, najlepsze zdjęcia, najlepszy montaż i dźwięk). Jest chwilami wprawdzie nużący, zbyt uproszczony i zbyt dosłowny, ale artystyczne i intrygujące obrazy równoważą narrację, chwilami zachwycają formą i pomysłami. Ten film produkcji francusko-mauretańskiej w reżyserii Abderrahmane Sissako, powstał w 2014 roku, a ja miałam go okazję zobaczyć dopiero wczoraj. Opowieść o Timbuktu, mieście w Afryce Zachodniej (dzisiejsze Mali), które zostaje przejęte przez dżihadystów i podporządkowane ich bardzo restrykcyjnemu prawo. Nie wolno słuchać ani tworzyć muzyki, grać w piłkę, kobiety poza hidżabami muszą nosić rękawiczki i skarpetki, za cudzołóstwo grozi kara śmierci przez ukamienowanie. Głównym bohaterem jest hodowca bydła i jego mała trzyosobowa rodzina. Kochająca się rodzina, sumiennie wypełniająca swoje obowiązki przez splot przypadkowych wydarzeń zostaje zniszczona. Malarskie podejście do historii, zabawne i chwilami naprawdę śmieszne sytuacje budzą zachwyt i podziw. Kilka scen zostanie mi w pamięci na długo, na przykład scena udawanej gry w piłkę lub chwila negocjowania małżeństwa. Naprawdę warto poświęcić nieco ponad półtorej godziny na ten film, o tej ryzykownej tematyce. 

13:13, scoutek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36